NIK skontrolowała podejście samorządów do zieleni miejskiej. Katowice nie wypadły najlepiej

Gdybym zapytała przeciętnego mieszkańca Katowic, jak miasto radzi sobie z ochroną zieleni, odpowiedź wydaje mi się łatwa do przewidzenia – gołym okiem widać przecież, że nie jest najlepiej. Lista zarzutów wobec władz jest długa, a dzięki wynikom kontroli NIK może się rozbudować o kolejnych parę punktów.

Plan zagospodarowania przestrzennego potrzebny od zaraz
Z przeprowadzonych badań wynika, że Katowice do końca 2020 roku były pokryte planem zagospodarowania przestrzennego w zaledwie 21,8% powierzchni. Dlaczego to jest tak istotne? MPZP pozostaje jedynym instrumentem prawa, który gwarantuje możliwość ochrony terenów zielonych, a jednak jego uchwalenie jest fakultatywne i zazwyczaj obejmuje małe części miast. O tym, jak ważna to instytucja, można się przekonać na przykładzie walki aktywistów ze Stowarzyszenia Mieszkańcy dla Katowic. To właśnie uchwalenie MPZP pozwoliło uratować teren stadionu AWF i zabytkowych kortów przed zabudową, a dziesiątki drzew przed wycinką.

Małym pocieszeniem jest również porównanie z innymi miastami wojewódzkimi – Kraków i Gdańsk przodują w statystykach z ponad 65%, niewiele ustępują im Wrocław, Szczecin, Olsztyn, Białystok czy Lublin, przekraczając barierę 50%. Wystarczy wspomnieć, że nie ujęty w tym zestawieniu Chorzów jest pokryty MPZP w… 100%. Da się?

Ile wydajemy na utrzymanie zieleni?
Kolejne statystyki są raczej zadziwiające – w teorii w latach 2015 – 2020 Katowice przeznaczyły 175 902 zł na zachowanie i zwiększenie terenów zielonych. Dużo to i mało; kwota być może nie jest imponująca, a jednak dzięki niej miasto plasuje się w czołówce kontrolowanych samorządów za Warszawą, Krakowem i Gdańskiem. Dla porównania, środki przeznaczone na zieleń miejską w Katowicach stanowiły 1,5% wydatków ogółem, w Warszawie zaś zaledwie 0,8%. Jak możemy przeczytać w raporcie NIK, w mieście nie ma jednak żadnej strategii rozwoju. Ba, w momencie kontroli nie było nawet porządnej diagnozy problemu, czyli rzetelnej inwentaryzacji drzewostanu. Te drzewa z kolei, a w zasadzie ich ciągłe ubywanie, są największym katowickim problemem.

Więcej wycinamy niż sadzimy. Dużo więcej
O ile w innych statystykach Katowice radzą sobie przeciętnie, w tych niestety brylują. Szanowni Państwo, w liczbie wyciętych drzew ustępujemy tylko Warszawie, a i tu się nie ma z czego cieszyć – chociaż w stolicy w latach 2015 – 2020 ubyło aż 36 938 drzew, nasadzonych zostało ponad 46 tys. Z kolei w Katowicach wycięto mniej, bo trochę ponad 25 tys., ale posadzono zaledwie 8025 drzew. A mówimy tutaj tylko o wycinkach na terenie nieruchomości gminnych. Jeżeli władze miasta nie potrafią dopilnować dbania o zieleń miejską w tak dogodnych okolicznościach, jak planują egzekwować nasadzenia zastępcze od prywatnych inwestorów i deweloperów?


Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież za chwilę urzędnicy nie będą mieli gdzie parkować przez te moje drzewa – zazielenienie Placu Sejmu Śląskiego powinno uspokoić malkontentów proekologicznych i uruchomić tych, którzy Śródmieście najchętniej zamieniliby w parking. Ja, choć jestem członkiem pierwszej grupy, uspokoić się nie dałam. Jako człowiek małej wiary – jak zobaczę, to uwierzę. Wyremontowana Dworcowa też miała być zielona, i co? Liczba drzew, nie dość, że mniejsza niż w założeniu, to w ogólnym rozrachunku jest jeszcze jakaś taka nieprzekonująca. Jeśli komuś sam widok Katowic nie wystarcza żeby uznać statystyki NIK za, co najmniej alarmujące, a dalej zaniżone (!), z przyjemnością wytłumaczę, co i jak. Żeby było bardziej obrazowo: proponuję letni spacer, najlepiej w środku dnia, na betonowym placu zwanym Rynkiem. Zawsze można się schronić w cieniu palmy.

Obrazek domyślny
Magdalena Kwaśniok