Jak ożywić obywatelskość katowickich dzielnic? Mieszkańcy dla Katowic zapraszają na serię spotkań o aktywności społecznej

Jak zmieniać przestrzeń miejską? Czy władze miasta aktywizują obywateli i, przede wszystkim, czy społeczeństwo obywatelskie jest władzy samorządowej na rękę? To tylko przykładowe pytania, na które odpowiedzi szukali uczestnicy pierwszego spotkania z cyklu „Mieszkańcy dla Katowic zapraszają”. Seria rozmów z aktywistami miejskimi, społecznikami i samorządowcami ma sprowokować katowiczan do dyskusji o tematach najważniejszych dla funkcjonowania miasta i jego mieszkańców.

Pierwszym gościem stowarzyszenia był Jarosław Gwizdak – aktualnie aktywista miejski i radny dzielnicy Koszutka, wcześniej sędzia i kandydat na Prezydenta Katowic w 2018 roku. To właśnie kampania wyborcza Gwizdaka zdominowała pierwszą część debaty: – Chciałbym, żeby Katowice były miastem otwartym; żeby władza miała jakieś pole do dialogu i po prostu rozmawiała z ludźmi – odpowiedział prelegent zapytany o to, czy pamięta swoje wyborcze postulaty. Nie zabrakło więc tematów związanych z brakiem transparentności Urzędu Miasta i utrudnionym dostępem do informacji publicznej.

Uczestnicy spotkania skupili się jednak na problemach im najbliższych, które sam Gwizdak zna z bardzo dobrze; funkcjonowaniu rad jednostek pomocniczych i, szerzej, demokracji na najniższym, lokalnym szczeblu. Społecznik zwrócił uwagę na chociażby odciążanie miasta projektami Budżetu Obywatelskiego, które w opinii Gwizdaka, bywają nietrafione: – Postanowiłem, że nie przyłożę „ręki głosującej” do żadnej inicjatywy, w której pojawia się Kościół. Jest taki moment, w którym sojusz tronu z ołtarzem zaczyna szkodzić; obecne rządy chyba powinny to pokazać. Festyn parafialny? Śmiało, ale festyn sąsiedzki chyba powinien być czymś innym. […] Budżet Obywatelski jest fajny; jak każde narzędzie, nie zawsze jednak będzie wykorzystany dobrze – podsumował aktywista, tym samym przechodząc do omawiania kolejnej instytucji niewykorzystanego potencjały – rad jednostek pomocniczych.

Obecni na spotkaniu dzielnicowi radni z Koszutki, Śródmieścia i południowych dzielnic Katowic zgodnie skrytykowali aktualny kształt rad. „Problemem jest, że nikt w Polsce, kto ma władze, nie chce się tą władzą dzielić. Rząd nie chce oddawać władzy i pieniędzy samorządom, te zaś nie chcą się dzielić władzą i pieniędzmi z niższymi formami lokalnej samorządności” – pisał o wyborach w Piotrowicach-Ochojcu Adrian Szymura i to właśnie stanowisko dominowało w kawiarnianej sali.

Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że rozmówcy doszli do swego rodzaju paradoksu. Niewątpliwie należy się zgodzić z wnioskiem aktywistów: nieatrakcyjność rad dzielnicowych wynika z niewielkich, praktycznie żadnych, kompetencji radnych. Jak jednak można przyznać radom kompetencje szersze, skoro ich nieatrakcyjność powoduje tak niską reprezentatywność gremium wybranego w wyborach o frekwencji znacznie niższej niż 10%?

Oprócz pastwienia się nad instytucjonalnymi grzeszkami Urzędu Miasta, pojawiło się jednak dość dużo samokrytycyzmu: – Łączymy się przy problemie – przy inicjatywach „nie róbmy”, „nie budujmy” – nic tak przecież nie jednoczy jak wspólny wróg. Dopiero z gromadzeniem się wokół pozytywnych inicjatyw pojawia się kłopot. Niech słowa prowadzącej spotkanie aktywistki Olgi Kostrzewskiej-Cichoń będą podsumowaniem tego, co mamy do poprawy nie w miejskim stanie prawnym, a we własnym podejściu do samorządności.

Default image
Magdalena Kwaśniok